Moje życiopisania


Nie pamiętam, skąd mi się to wzięło, ale od dzieciństwa chciałem pisać. Marzyłem o tworzeniu powieści-opowieści, które wypełnią moje życie, nadadzą mu sens i pozwolą innym odkryć sensy ich własnego życia. Po ćwierćwieczu zmagań ze Słowem, jestem w tej komfortowej sytuacji, że w dziedzinie pisarstwa wszystko jeszcze przede mną.

Grunt to znaki

Nie licząc szkolnych nigdy nie ukończonych wprawek, mój pierwszy atak na Parnas przypuściłem na początku lat 90. XX w. Odbębniłem wtedy służbę wojskową i wylądowałem w rodzinnej wsi jako etatowy bezrobotny. Sytuacja idealnie sprzyjająca tworzeniu literatury!

W trzy miesiące krótka powieść obyczajowa była gotowa. Wydałam całą kuroniówkę na kserowanie i rozesłałem ją do największych wydawnictw. Do tej pory żadne nie odpowiedziało, ale nie tracę nadziei.

Milczenie wydawnictw tłumaczyłem ponadprzeciętnymi walorami mojego dzieła, do którego redaktorzy po prostu nie dojrzeli. Aby dać ludzkości coś bardziej przystępnego, postanowiłem napisać harlekina. Te broszurowe romansidła wtedy właśnie podbijały serca kobiet i widywałem je na każdym kroku. Do zadania podszedłem profesjonalnie. Pożyczyłem od sąsiadki, namiętnej czytelniczki harlekinów, trzy tytuły i… przede wszystkim skrupulatnie policzyłem znaki w każdym tekście, a po ich uśrednieniu, na podstawie stopnia trudności zadania i nabytego już doświadczenia, oszacowałem, że jestem w stanie pisać jednego harlekina w 10 dni. Uwzględniając czas na poprawki i nieprzewidziane sytuacje życiowe – dwa harlekiny w miesiącu. Po odjęciu urlopu w jakimś egzotycznym zakątku wyszło mi, że rocznie wyprodukuję 22 harlekiny. Z medialnych doniesień wiedziałem, że nakład przeciętnego harlekina wynosił coś około pół miliona egzemplarzy. Moje honorarium z egzemplarza, w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze przyjąłem na 1 zł (nigdy nie byłem pazerny) no i wyszło, jak wyjść musiało. 11 milionów dochodu rocznie! Nigdy nie czułem się tak bogaty jak wtedy.

Moje 11 milionów gdzieś jednak musi być… (foto: Wojtek Dobrucki)

Czasem natykam się na wypowiedzi hamletyzujących pisarzy, którzy biadolą nad tym, że nikt nie chce wydawać i czytać ich ambitnej prozy, a poklask zyskują gnioty o wampirach, kryminały albo SF. A co mam powiedzieć ja, któren nie był w stanie zainteresować nikogo swoim obliczonym na najtańszy poklask, super gniotowatym harlekinem? Bo mój wyciskacz łez, zrodzony zgodnie z założeniami taktycznymi w 10 dni, podobnie jak wcześniejsza powieść nie wzbudził żadnego zainteresowania. Gotów byłem zaprzedać duszę diabłu, a diabeł nawet na mnie nie splunął.

Wolność kocham i rozumiem

Klęska operacji Harlekin podcięła mi skrzydła na parę lat. Kupiłem sobie wędkę, bo wędkowanie to dla bezrobotnego zajęcie właściwsze niż pisanie.

Ale z wędkarskiego błogostanu wyrwało mnie ogłoszenie o konkursie na  debiut reporterski w lokalnym tygodniku „Ziemia Gorzowska”. Ponieważ już od jakichś dwóch lat nie miałem prawa do zasiłku i żyłem z dorywczych fuch na budowach oraz szmuglu papierosów do Niemiec, postanowiłem stanąć w szranki. Z głowy wystukałem na pożyczonej maszynie jakiś tekst i  wysłałem go na konkurs. Po kilku miesiącach dowiedziałem się, że  wygrałem.

Popracowałem w „Ziemi Gorzowskiej” pół roku jako wolny strzelec, aż zaproponowano mi etat; przeniosłem się więc do Gorzowa i zacząłem dziennikarzować. Początkowo czułem się jakbym Pana Boga za nogi złapał, ale powoli ten entuzjazm mijał. Po roku wiedziałem już, że praca dziennikarza to najbardziej przereklamowany zawód świata. Chciałem pisać, ale nie tak jak się pisze do gazet. Bodźcem stał się konkurs literacki im. Zdzisława Morawskiego organizowany w Gorzowie. Ze swojej pierwszej powieści, napisanej po wyjściu z wojska, wykroiłem jeden wątek, przerobiłem go, zmodyfikowałem, ugenialniłem i tak powstałe opowiadanie, zatytułowane „Ja jestem wiatrem, ty liściem”, zdobyło pierwszą nagrodę! Pierwszą, pierwszutką, najpierwszejszą! Z rozbiegu przerobiłem na opowiadanie pewien cykl o gorzowskim dziwaku Szymonie Giętym, który pisałem dla Ziemi i wysłałem go na konkurs im. Tadeusza Micińskiego w Łodzi. Opowiadanie to zdobyło wyróżnienie i ukazało się na łamach kwartalnika Metafora. Te sukcesy mnie upoiły. Ja miałbym się marnować w gazetach?

Po mniej więcej dwóch latach pracy w „Ziemi Gorzowskiej” znów postanowiłem zostać bezrobotnym. Przysługiwał mi powtórnie zasiłek, więc nie było się nad czym zastanawiać. A temat na kolejną powieść miałem pierwsza klasa – był nim poznany w redakcji Ziemi bohater jednego z moich reportaży, Stanisław Heller, samozwańczy obaliciel wszelkich dogmatów naukowych, twórca Teorii Wszystkiego, która miała zrewolucjonizować świat. Stasiowi poświęciłem więc kolejną powieść; ukończyłem ją na przełomie tysiącleci. Pomogło mi stypendium twórcze, które w swojej szczodrości przyznał mi prezydent Gorzowa, a w końcówce pracy nad powieścią, musiałem przeprosić się z gazeciarstwem i żeby nie umrzeć z głodu przyjąłem ofertę kierowania Tygodnikiem Kostrzyńskim (w tym Kostrzynie, gdzie teraz odbywają się przystanki Woodstock, to 10 km od mojego domu). Bardzo wiele spodziewałem się po mojej powieści, ale spotkał ją los podobny do wcześniejszych.

Szukam, szukania mi trzeba

Świat ukazał mi twarz, która obojętnie i pogardliwie spogląda na czyjś wysiłek twórczy i gdzieś ma obnażania zakamarków duszy, więc postanowiłem się dostosować. Rzuciłem robotę w Tygodniku Kostrzyńskim, za ostatnią wypłatę kupiłem wykrywacz metalu i ruszyłem w teren szukać skarbów. Przez kilka lat szukanie skarbów było moim jedynym zajęciem i źródłem utrzymania.

Ze względu na nieprecyzyjne polskie prawo, nie będę tego wątku rozwijał, żeby nie narażać się na odpowiedzialność karną (przeżyłem już przeszukanie mieszkania i kilka lat ciągania się po sądach), ale zapewniam – skarby istnieją! Istnieją, tym niemniej ich szukanie to jednak praca, a ja nadal nie czułem się stworzony do pracy lecz do tworzenia powieści-opowieści. Dla rozgrzewki napisałem „Vademecum poszukiwacza skarbów” – ot taki poradnik, aby innym ułatwić życie. Ze znalezieniem wydawcy tego dziełka nie miałem żadnego problemu, publikacja okazała się nawet małym bestsellerem, a ponadto została przetłumaczona na rosyjski i na tamtejszym rynku miała dwa wydania. Ale cóż, poradniki dla poszukiwaczy to nie dzieła, o jakich marzyłem.

Się szukało…

Z okresu poszukiwania skarbów została mi jednak oprócz Vademcum także firma, którą założyłem, aby sprzedawać archiwalne mapy topograficzne. Zdobyłem komplet zaborczych map niemieckich, rosyjskich i austro-węgierskich i zaopatrywałem wszystkich poszukiwaczy w Polsce. Sprzedawałem je w wersji cyfrowej na płytach CD i był to świetny interes, ale niestety rozwój Internetu wygenerował piractwo mapowe i moje mapy zaczęły krążyć po sieci poza moją kontrolą. Trzeba było zwijać interes, lecz wyciągnąłem z tego doświadczenia taką naukę, że nie ma wolności bez wolności finansowej i jeśli chcę być twórcą wolnym, muszę mieć niezależne od pisania źródło dochodu i to dochodu godziwego.

Z map przerzuciłem się na prowadzenie oberży. Podniecała mnie trochę myśl, że stojąc za barem będę mógł wysłuchiwać od gości wielu niesłychanych historii, które potem staną się kanwą mych powieści-opowieści. Niestety, zawód barmana, po dziennikarzu, to najbardziej przereklamowana profesja świata. Ludzie, owszem, dużo gadają po kilku głębszych, ale prędzej ciekawą opowieść byłem w stanie sam wymyślić niż ją usłyszeć. Ludzie powielają tak banalne pierdoły o swoich życiowych problemach, kłopotach z pracą i partnerami, że naprawdę aż korci, żeby im dopisać coś do rachunku za słuchanie tego.

Do miodu!

Postanowiłem sprzedać knajpę i wypróbować nowo rodzący się wynalazek – selfpublishing i ebooki. Wszyscy odrzucani przez wydawnictwa pismacy obiecywali sobie po tym złote góry i ja też uległem pędowi. W formie ebooka wydałem poświęconą samorodnemu naukowcowi, o którym było wyżej, powieść zatytułowaną „Wedle reguły kreacji”. Z miejsca sprzedała się w nakładzie jakichś czterech egzemplarzy. Aby podkręcić tę sprzedaż, opracowałem chytrą metodę wniknięcia do oferty Amazonu, choć oficjalnie nie przyjmowali prozy w języku polskim. Książkę umieszczałem jednak w dziale przeznaczonym do nauki języków obcych – konkretnie, do nauki polskiego. Za mną poszli inni polscy self-publischerzy i ta metoda rzeczywiście pozwalała dotrzeć do czytelników. Na Amazonie sprzedałem ponad tysiąc kopii, ale fortuny nie zbiłem. Bo sprzedając po 1-3 dolary, nawet inkasując ponad 50 proc. i tak nie ma co liczyć na fortunę. A poza tym…. Jacek Dukaj powiedział kiedyś, że w powszechnej świadomości różnica między pisarzem a pisarzem SF jest taka jak między aktorem a aktorem porno. Między pisarzem a pisarzem selfpublisherem (zarówno papierowym jak i elektronicznym) jest mniej więcej taka sama.

Nie poddałem się jednak i przystąpiłem do pisania kolejnej powieści-opowieści. Powstawała jakieś 3 lata i znów mogłem przez ten czas, co za słodki stan, znów mogłem żyć niebezpodstawną nadzieją. Pożyłem tak jeszcze rok po ukończeniu pisania i rozesłaniu maszynopisu „Złotych pól” do wydawnictw, bo wzbudził tu i ówdzie jakieś zainteresowanie, ale ostatecznie do podpisania umowy wydawniczej nie doszło. Przyjąłem to dość spokojnie. Wiedziałem już wtedy, że pisanie jest moim przeznaczeniem i że będę pisał, nawet jeśli nikt i nigdy nie zechce tego opublikować. To kalectwo i przekleństwo, z którym trzeba się pogodzić, ale też sposób na odnalezienie wewnętrznej harmonii, medytacja i modlitwa, podróż po świecie własnej duszy, oznaczenie swoich granic w świecie zewnętrznym, odnajdowanie siebie i odpoczynek od siebie. Piszę dla siebie. Jeśli inni ujrzą w moim pisaniu coś wartościowego, OK, ale nie będę o to zabiegał.

Tylko żeby pisać, trzeba być wolnym, także finansowo. Czyli trzeba hodować pszczoły! Taki pomysł na życie przyszedł mi do głowy gdzieś w 2012 r. Wyobrażałem sobie hodowlę pszczół jako coś zbliżonego do stanu bezrobocia. Nic właściwie się nie robi, a pieniądze jakieś są. Stan idealny dla pisania. Pszczelarzenie przychodziło mi nadzwyczaj łatwo, jakbym miał to w genach. Rozwijałem swoją pasiekę i liczyłem dni do momentu, kiedy da mi ona finansową niezależność. Aby zmniejszyć koszta początkowe sam robiłem sobie ule. Kilka wystawiłem na Allegro i sprzedały się jak świeże bułeczki. Zrobiłem więc następne i te również natychmiast znalazły nabywców. Poszedłem za ciosem i zarejestrowałem firmę produkującą ule. Teraz, po ponad 6 latach, zatrudniam 4 pracowników, robimy kilka tysięcy uli rocznie. Mam jednak wystarczająco dużo czasu, żeby spokojnie pisać. Owocem tego jest powieść zatytułowana „Wskrzesina”. Ukończyłem ją na początku 2019 r. i rozesłałem do wydawnictw. I tym razem długo nie czekałem. Powieść spodobała się wydawnictwu JanKa. Ukazała się na początku lutego 2020 r.

Byle do przodu (foto: Wojtek Dobrucki)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *